Włącz muzykę. Rozwijaj się Własnym Tonem.
Zaktualizowano: 6 paź
Przez ostatnie dwa tygodnie było mnie tutaj mniej. Nie dlatego, że nic się nie działo, ale raczej dlatego, że działo się trochę za dużo.
Nagrania. Książka. SWITCH MUSIC ON.
Zwykłe życie, które jak zawsze nie pyta, czy akurat mam przygotowany harmonogram publikacji. Do tego dysk zewnętrzny, który postanowił zniknąć i wciąż się nie znalazł. Całkowicie wybiło mnie to z rytmu. Człowiek planuje, a życie patrzy na ten plan, uśmiecha się pod nosem i mówi:
— Przeliczam trasę.
Znam ten komunikat. Towarzyszył mi przez lata. Słyszałem go z nawigacji tysiące razy. Zły skręt. Zamknięta ulica. Roboty drogowe. Korek. Pasażer, który zapewnia, że zna lepszą drogę.
— Pan tutaj skręci.
— Ale tu jest zakaz.
— Pan się nie przejmuje.
No jasne. Tylko mandat później jakoś nigdy nie chciał przyjść na nazwisko pasażera. Z życiem jest podobnie. Czasem ktoś podpowiada, gdzie skręcić. Czasem człowiek sam jest przekonany, że znalazł właściwą drogę albo skrót. Dopiero kilka kilometrów dalej orientuje się, że jedzie w zupełnie inną stronę.
Przez długi czas bardzo mnie to denerwowało. Chciałem mieć plan, najlepiej kompletny i gotowy na sukces. Z datą rozpoczęcia, datą zakończenia, budżetem, efektem i pewnością, że jeśli zrobię wszystko jak trzeba, na końcu wydarzy się dokładnie to, co sobie wymyśliłem. Tyle że życie nie działa jak aplikacja do zarządzania projektami. I chyba właśnie dlatego powstała książka:
„Dokąd jedziemy? Spowiedź własnym tonem”.
Nie napisałem jej z miejsca, w którym już wszystko rozumiem. Nie siedzę na końcu drogi z mapą rozłożoną na kolanach i nie pokazuję innym:
— Tutaj skręcicie. Tędy jest najlepiej. Sprawdziłem.
Nie sprawdziłem. Sam kilka razy pojechałem źle. Kilka razy zawróciłem. A czasami przez bardzo długi czas nie chciałem przyznać, że droga, którą jadę, zwyczajnie przestała być moja. Przez lata pytałem innych: dokąd jedziemy? Najczęściej odpowiedź była krótka. Ulica. Numer. Dworzec. Szpital. Dom. Czasami pojawiał się problem.
— A gdzie pan mieszka?
— No… tam.
Szczególnie około trzeciej nad ranem „tam” potrafiło być bardzo szerokim pojęciem geograficznym. Ale zdarzało się też coś innego. Ktoś wsiadał do samochodu, podawał adres, a potem zaczynał mówić.
O żonie.
O mężu.
O dziecku.
O pieniądzach.
O zdradzie.
O pracy.
O marzeniu, którego nikomu wcześniej nie powiedział.
I tak przez kilka albo kilkanaście minut obcy człowiek zostawiał kawałek swojego życia na tylnym siedzeniu. Potem wysiadał.
— Dziękuję.
— Dobrej nocy.
Drzwi się zamykały, a ja jechałem po następnego pasażera. Niektóre historie znikały razem z czerwonym światłem tylnej lampy, a inne zostawały. Po latach zrozumiałem, że skoro przez tak długi czas słuchałem cudzych historii, być może powinienem w końcu opowiedzieć własną. Tak powstała książka i nie napisałem historii sukcesu, ponieważ nie umiałbym. Był bas kupiony za siedemdziesiąt złotych. Były pierwsze zespoły i koncerty, po których człowiek najchętniej sprawdziłby, czy istnieje prawna możliwość zakazania publikowania nagrań. Byli ludzie, którzy pomagali. Byli też tacy, którzy mieli bardzo konkretne wyobrażenie o tym, dokąd powinienem dojść.
Była pedagogika. Była muzyka. Później było jej trochę mniej. Była praca, taksówka, problemy finansowe i pomysły większe niż możliwości. Było też bardzo dużo prób, żeby zbudować coś swojego. Nie wszystkie skończyły się tak, jak zakładałem. Może właśnie dlatego coraz mniej interesują mnie historie, w których wszystko układa się idealnie. Znacznie bardziej interesuje mnie człowiek, który się zgubił i mimo wszystko następnego dnia znowu odpala silnik.
Moje doświadczenia z nagrywaniem audiobooka
Ostatnio dużo siedzę przed mikrofonem. Czytanie własnej książki na głos jest dziwnym doświadczeniem. Podczas pisania można się zatrzymać. Usunąć zdanie, przesunąć akapit, wstać od komputera i zrobić kawę. Wrócić następnego dnia i udawać, że wcale nie uciekło się przed trudniejszym fragmentem. Przed mikrofonem zdanie trzeba wypowiedzieć. Nagle słyszysz je inaczej. Niektóre fragmenty bawią mnie nadal. Przy innych łapię się na tym, że robię dłuższą przerwę, niż przewiduje interpunkcja. Pojawiają się ludzie, których już nie ma. Miejsca, do których dawno nie wracałem. Decyzje, których dzisiaj być może bym nie podjął. I wtedy człowiek czasami patrzy na mikrofon i myśli:
— Naprawdę musiałeś tyle narobić, żeby później jeszcze nagrywać o tym audiobook?
Najwyraźniej tak.
A później zniknął dysk. Właśnie wtedy, kiedy miałem wrócić do regularności. Można powiedzieć, że to drobiazg. Pewnie tak. Tyle że życie bardzo często składa się z drobiazgów, które pojawiają się jeden po drugim dokładnie wtedy, kiedy człowiek najbardziej chciałby mieć święty spokój. Przez moment znowu poczułem znajome napięcie:
Powinienem publikować.
Powinienem być regularny.
Powinienem zrobić to.
Powinienem zrobić tamto.
A potem pomyślałem, że książka, którą właśnie próbuję wypuścić w świat, w dużej mierze opowiada o czymś dokładnie przeciwnym:
Nie o perfekcyjnym planie.
O drodze.
Nie o nieomylności.
O przeliczaniu trasy.
Nie o tym, żeby nigdy się nie zatrzymać.
O tym, żeby po zatrzymaniu jeszcze raz ruszyć.
Właśnie wtedy napisała do mnie Pani Dorota, moja nauczycielka języka polskiego z liceum.
"Jestem ogromnie wzruszona. To naprawdę bardzo miłe. A ja z kolei Bartek podziwiam Twoje wysiłki."
Zapytałem ją:
— Jejku, ale czym?
Odpowiedziała:
„Budowanie siebie i swoich marzeń na nowo. Muzyka, książka. Życie osobiste. To budujące”.
Później dopisała:
„Dajesz pokaz siły. Nie każdego młodego człowieka po trudnych doświadczeniach na to stać”.

Nie napisała mi recenzji książki. Zauważyła wysiłek, którego ja sam często nie umiem dostrzec, bo zwykle patrzę na to, co jeszcze zostało do zrobienia. Jej słowa nie sprawiły, że problemy zniknęły. Pomogły mi jednak na chwilę zobaczyć tę drogę z innej perspektywy. Nie tylko przez listę rzeczy do poprawienia, ale też przez to, że mimo wszystko próbuję budować siebie i swoje marzenia na nowo. Więc ruszam.
Od niedzieli wracam
We wtorki, czwartki i soboty będę tutaj regularnie — przynajmniej spróbuję. Nie obiecuję idealnych materiałów. Nie obiecuję również, że życie za dwa tygodnie znowu czegoś nie wymyśli. Ale mam kilka historii do opowiedzenia.
Jest książka.
Jest muzyka.
Jest SWITCH MUSIC ON.
Jest audiobook.
Są kulisy rzeczy, które właśnie zaczynają się wydarzać. I jestem ja — nadal bez pełnego adresu wpisanego do nawigacji. Tyle że dzisiaj trochę mniej mnie to przeraża. Chyba coraz lepiej rozumiem, że nie zawsze trzeba wiedzieć, gdzie dokładnie skończy się droga. Czasami wystarczy wiedzieć, dlaczego w ogóle chce się jechać. A potem zrobić to, co zwykle:
Wrzucić kierunek.
Ruszyć.
I kiedy będzie trzeba — przeliczyć trasę.
Własnym tonem.
Bartłomiej Siepsiak Switch Music On - Własnym Tonem


Komentarze