top of page

Własnym tonem. Dlaczego Mrozu brzmi jak Mrozu.

4 paź
8 minut(y) czytania

Mrozu z mikrofonem na telebimie, zespół na oświetlonej scenie i publiczność w Atlas Arenie w Łodzi
Koncert MROZUa. Atlas Arena w Łodzi - 2 października 2026. Biblioteka zdjęć prywatna.

Zostałem zaproszony na koncert Mroza 2 października 2026 w Atlas Arenie - Łódź.

Mógłbym zacząć ten tekst jak klasyczną relację. Napisać o światłach, scenie, publiczności, energii i o tym, że cały koncert został przygotowany z rozmachem. Mógłbym rozpisać repertuar, opowiedzieć, gdzie zespół zagrał mocniej, gdzie ciszej, gdzie publiczność śpiewała razem z artystą. Ja też śpiewałem i tańczyłem!

Tylko że po wyjściu z koncertu zostało mi w głowie coś zupełnie innego - dwa słowa:

Własnym tonem.

I chyba właśnie dlatego ten wieczór tak mocno połączył mi się ze Switch Music On.

Od początku nie chciałem, żeby SMO było jedynie miejscem, w którym ktoś pokazuje drugiemu człowiekowi skalę, zagrywkę, technikę slap czy odpowiednie ułożenie dłoni. To wszystko jest potrzebne. Warsztat jest potrzebny, harmonia, rytm i technika też.

Tylko że instrument pozostaje narzędziem. Znacznie ciekawsze pytanie brzmi: co właściwie chcesz tym narzędziem powiedzieć?

Mroza znałem oczywiście dużo wcześniej, ale mam wrażenie, że gdzieś od albumu „Aura” zaczęła się u niego bardzo ciekawa przemiana. Nie nagła i nie taka, w której artysta jednego dnia odcina wszystko, co było wcześniej, i buduje się od początku. Raczej stopniowa.

Jakby z każdą kolejną płytą odpadało trochę rzeczy, które być może kiedyś trzeba było robić, a coraz więcej zostawało samego artysty. Pojawiło się więcej żywego grania:

Więcej przestrzeni.

Więcej brudu.

Więcej groove’u.

Coraz mocniej było słychać soul, rhythm and blues, funk i blues. Jest gdzieś tradycja Motown. Czasami czuć amerykańskie Południe. Gdzieś dalej pobrzmiewa Delta Mississippi. Pojawiają się stare gitarowe skojarzenia, soulowe harmonie, R&B. Tyle że to nie brzmi jak rekonstrukcja.

Nie mam poczucia, że ktoś wyszedł na scenę i powiedział: teraz zrobimy lata sześćdziesiąte.

Nie słyszę kopiowania. Słyszę inspiracje, które zostały przepuszczone przez współczesność, język, doświadczenie, produkcję i konkretnych muzyków. Na końcu nie myślę więc:

„O, tutaj jest Motown”.

Albo:

„Teraz trochę bluesa”.

Myślę:

to brzmi jak Mrozu.

I chyba trudno o większy komplement dla artysty. Jako basista podczas koncertu oczywiście nie potrafię słuchać zupełnie normalnie. Normalny człowiek słyszy piosenkę. Basista po chwili zaczyna się zastanawiać, co zrobiła sekcja rytmiczna. Dlaczego bas wszedł akurat w tym miejscu? Czemu perkusja zostawiła przestrzeń? Co zrobiła gitara? Dlaczego dęciaki odpowiedziały dokładnie po tej frazie wokalu? I nagle zamiast po prostu dobrze się bawić, człowiek rozbiera kilka sekund muzyki na części pierwsze. Taka choroba zawodowa.

Ale właśnie dlatego bardzo mocno zwróciłem uwagę na zespół.

Bo ten zespół naprawdę smakuje muzykę. To określenie wydaje mi się tutaj bardzo ważne.

Można grać perfekcyjnie. Czysto. Równo. Tak, że technicznie wszystko się zgadza.

A mimo to muzyka może być martwa. Tutaj nie jest a instrumenty ze sobą rozmawiają.

Bas nie próbuje przez cały czas udowadniać, że istnieje. Ba! On nawet jest tak mocny, że gdyby przestał grać, tej muzyki by nie było! Gitara potrafi zniknąć. Perkusja prowadzi, ale nie zajmuje całej przestrzeni. Wokal ma czym oddychać.

Zbliżenie gitary basowej na telebimie i muzycy na scenie podczas koncertu Mroza w Atlas Arenie w Łodzi
Koncert MROZUa. Gitara basowa. Gitarzysta basowy. Atlas Arena w Łodzi - 2 października 2026. Biblioteka zdjęć prywatna.


A potem przychodzi moment, w którym wszyscy spotykają się w jednym akcencie i nagle cały fragment dostaje zupełnie innego ciężaru. Szczególnie dobrze pracują instrumenty dęte.

Nie są ozdobą. Nie pojawiają się po to, żeby można było powiedzieć: mamy trąbkę, więc będzie soulowo. One budują kontrapunkty. Odpowiadają wokalowi. Pojawiają się pomiędzy frazami.

Czasami kilka nut zmienia charakter całego taktu. I właśnie takie rzeczy interesują mnie w muzyce najbardziej.Nie to, ile ktoś zagrał. Tylko dlaczego zagrał dokładnie tyle. Bo pauza też gra. Cisza też bywa aranżacją. A czasami najlepsze, co muzyk może zrobić, to po prostu nie wejść.

Później zacząłem mocniej słuchać nowej płyty „Wszystko, czego chciałem” i dotarło do mnie, że własny ton Mroza nie kończy się na brzmieniu. Jest jeszcze tekst i jest człowiek. Nie wiem, czy album został świadomie zbudowany jako historia jednego bohatera. Nie chcę autorowi niczego dopisywać. Ale kiedy słucham tych utworów jeden po drugim, zaczynam widzieć człowieka, który już trochę przeżył...

Coś zdobył.

Czegoś spróbował.

Trochę się zachłysnął.

Trochę dostał po głowie.

Kogoś spotkał.

Coś stracił.

I z czasem coraz rzadziej pyta:

co jeszcze mogę mieć?

A coraz częściej:

po co właściwie tak bardzo biegnę?

W „Naturalnym high” właśnie ten bieg słychać najmocniej.

Jest głód.

Bodźce.

Sukces.

Ruch.

Ciągle coś jeszcze.

Jeszcze jeden cel.

Jeszcze jedno doświadczenie.

Jeszcze trochę mocniej.

Jeszcze trochę wyżej.

Bohater pozostaje głodny.

I to słowo wydaje mi się bardzo trafne. Bo głód potrafi być świetnym napędem. Sam go znam.

Człowiek coś robi, kończy jedną rzecz i już widzi następną.

Książka.

Projekt.

Muzyka.

Kolejny pomysł.

Następny krok.

Jeszcze tylko to.

Jeszcze uporządkuję jedną sprawę.

Jeszcze coś uruchomię.

Jeszcze coś naprawię.

A potem już będzie spokojniej.

Tylko że „potem” ma paskudną właściwość. Bardzo szybko zamienia się w kolejne „potem”. I można tak przejechać pół życia, nawet nie zauważając widoku za szybą. Dlatego tak ciekawie działa na mnie „Odpowiedni moment”. Nagle w tej całej drodze pojawia się drugi człowiek.

I przy nim można być sobą. Niby jedno słowo. A przecież kryje się w nim ogrom rzeczy.

Bo przez większość dnia każdy z nas pełni jakieś role:

Pracownik.

Partner.

Ojciec.

Muzyk.

Autor.

Człowiek, który powinien wiedzieć, co dalej.

Człowiek, który powinien sobie poradzić.

Człowiek, który ma plan.

I wtedy spotyka się kogoś, przy kim czasem można nie mieć planu. Usiąść.

Pośmiać się.

Pogadać o głupotach.

Nie budować właśnie przyszłości.

Nie naprawiać całego świata.

Po prostu być.

Może właśnie dlatego „odpowiedni moment” nie zawsze wygląda tak, jak go sobie wyobrażamy. Nie przychodzi z fanfarami. Czasem jest zwyczajnym wieczorem, rozmową i poczuciem, że przy tej osobie nie trzeba udawać kogoś lepszego. Potem przychodzą „Lepsze czasy”. I tutaj płyta dotyka czegoś, co właściwie mogłoby znaleźć się w samym środku Switch Music On.

My bardzo dużo czekamy.

Na lepszy moment.

Na więcej pieniędzy.

Na spokojniejszą pracę.

Na większe mieszkanie.

Na mniej obowiązków.

Na dzieci, które podrosną.

Na poniedziałek.

Na przyszły miesiąc.

Na nowy rok.

Aż któregoś dnia człowiek może zauważyć, że sporą część życia spędził przygotowując się do życia. Tylko że żadne powiadomienie nie przyjdzie. Nie pojawi się SMS:

„Dzień dobry. Warunki są już odpowiednie. Od dzisiaj może Pan zacząć żyć.”

Tak to nie działa. I właśnie dlatego ta piosenka bardzo mocno łączy mi się z ideą SMO.

Ile razy człowiek mówi:

wrócę kiedyś do grania.

Kiedy będę miał więcej czasu.

Kiedy kupię lepszy instrument.

Kiedy zrobi się spokojniej.

Kiedy dzieci podrosną.

Kiedy skończę ten projekt.

Tylko może nie trzeba czekać.

Może wystarczy zdjąć gitarę ze stojaka.

Wytrzeć kurz.

Podłączyć kabel.

I zagrać.

Nie jak dwudziestolatek.

Bo nim już nie jesteś.

I bardzo dobrze.

Dzisiaj masz coś, czego wtedy nie miałeś.

Swoją historię.

Potem pojawia się „Nie ma miejsca jak dom”. I wtedy cała droga zaczyna prowadzić w trochę inną stronę. Bo czym właściwie jest dom? Przez wiele lat można uważać, że chodzi o adres.

Mieszkanie.

Ściany.

Klucz.

Kilka metrów zapisanych w dokumentach.

A później życie zaczyna komplikować tę prostą definicję. Można mieć adres i nie mieć domu.

Można też nie mieć jeszcze własnego miejsca, a dokładnie wiedzieć, gdzie chciałoby się kiedyś wracać. I wtedy szczególnie mocno pracuje we mnie fraza: „serce trzyma kurs”.

Bardzo ją lubię.

Bo można nie wiedzieć dokładnie, którędy pojedzie się dalej.

Można mieć objazdy.

Można utknąć.

Można zawrócić.

Można pomylić drogę.

Ale kurs pozostaje.

Sam wiem, dokąd chciałbym dojść.

Nie oznacza to, że znam całą trasę.

To dwie różne rzeczy.

Chciałbym uruchomić Switch Music On.

Chciałbym grać.

Pisać.

Tworzyć.

Chciałbym mieć miejsce, do którego wracam nie dlatego, że tak wynika z dokumentów, ale dlatego, że tam jest moje życie - i ta... :-) I może właśnie z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, że największą podróżą nie zawsze jest wyjazd jak najdalej. Czasami największą podróżą okazuje się znalezienie miejsca, z którego już nie chce się uciekać. Przy kim chce się po prostu być. A później przychodzą „Anioły”. I wtedy cały ten bieg, sukces, dom, plany i przyszłość nagle ważą trochę mniej. Bo istnieje jeszcze strata.

Nie umiem dobrze godzić się z tym, że kogoś nagle nie ma. Ludzie, których kocham, są dla mnie zbyt ważni. Może właśnie dlatego tak trudno przyjąć, że niektórych rozmów nie da się już przeprowadzić, a niektórych słów po prostu nie zdążymy powiedzieć. Niektórych drzwi nie otworzymy drugi raz. I nawet kiedy „anioły śpią”, rano świat wstaje normalnie. Samochody ruszają.

Telefony dzwonią.

Ludzie idą do pracy.

Ktoś kupuje bułki.

Ktoś narzeka na pogodę.

A komuś właśnie skończył się świat.

To jedna z najbardziej brutalnych właściwości życia. Ono nie zatrzymuje się razem z nami.

Może właśnie wtedy zupełnie inaczej zaczynamy rozumieć słowo „ważne”. Kiedy zestawiam te utwory obok siebie, widzę więc człowieka, który na początku biegnie. Chce więcej, jestem głodny.

Później spotyka kogoś, przy kim potrafi odłożyć część swojej zbroi. Zaczyna rozumieć, że odpowiedni moment może właśnie trwać. Przestaje wiecznie czekać na lepsze czasy.

Zaczyna szukać domu.

Nie adresu.

Domu.

Doświadcza też straty.

I powoli dochodzi do czegoś, czego chyba nie da się naprawdę zrozumieć bardzo wcześnie:

mieć wszystko i wiedzieć, co jest wszystkim, to dwie zupełnie różne rzeczy. Dlatego tytuł „Wszystko, czego chciałem” podoba mi się coraz bardziej.

Można go odczytać bardzo prosto.

Mam sukces.

Mam scenę.

Mam ludzi.

Mam pieniądze.

Mam wszystko.

Ale można też przeczytać go zupełnie inaczej.

Człowiek przeszedł kawał drogi i po prostu zmieniła mu się definicja słowa „wszystko”.

Kiedyś chciał świata, a dzisiaj chce wiedzieć, dokąd wraca.

Kiedyś chciał, żeby słyszało go jak najwięcej osób, a dzisiaj może bardziej liczy się to, żeby ktoś naprawdę go usłyszał.

Kiedyś chciał być wszędzie, dzisiaj chce mieć swoje miejsce.

I to jest dla mnie dojrzewanie. Też tego mocno doświadczam. Nie rezygnacja z marzeń i zmiana ich znaczenia. Wtedy wracam myślami do 2 października.

Do sceny.

Do światła.

Do basu.

Bębnów.

Gitar.

Dęciaków.

Do tych kilku muzycznych drobiazgów, które prawdopodobnie zauważałem bardziej niż powinienem.

I rozumiem, dlaczego ten koncert tak mocno połączył mi się ze Switch Music On.

Bo własny ton nie jest tylko brzmieniem instrumentu. Własny ton zaczyna się wtedy, kiedy spotykają się rzeczy, przez które przeszedłeś...

Muzyka, której słuchałeś.

Ludzie, których poznałeś.

Ludzie, których straciłeś.

Miłość.

Błędy.

Sukcesy.

Porażki.

Instrument.

Technika.

Pauza.

Dom.

Droga.

Wszystko zaczyna mówić jednym głosem.

Twoim.

I właśnie dlatego pomyślałem wtedy:

takiego artystę chciałbym kiedyś zobaczyć w Switch Music On.

Nie dlatego, że Mrozu jest znanym nazwiskiem. Bo wielu ma swój głos i mógłbym zaprosić. Nie po to, żeby zrobić zdjęcie i później napisać: „Patrzcie, kto u nas był”. To byłoby najmniej ciekawe. Chciałbym kiedyś usiąść z takim artystą i zapytać:

Jak doszedłeś do swojego brzmienia?

Kiedy poczułeś, że nie musisz już zastanawiać się, jak powinieneś zabrzmieć?

Które inspiracje zostały z tobą?

Które zostawiłeś?

Jak nauczyłeś się przestrzeni?

Jak życie zmieniło twoją muzykę? I kiedy po raz pierwszy pomyślałeś:

to jestem ja?

Bo właśnie takich rozmów chciałbym w Switch Music On.

Nie:

„Graj jak Mrozu”.

Nie:

„Graj jak twój idol”.

Raczej:

zobacz, jak inni dochodzili do własnego języka. A potem znajdź swój.

Możesz kochać Motown. Możesz słuchać bluesa z Delty Mississippi. Możesz uwielbiać Steviego Wondera, Prince’a, D’Angelo, rocka, Hip-hopu, muzyki elektronicznej. Możesz połączyć rzeczy, które pozornie do siebie nie pasują. Nie trzeba wymyślać trzynastego dźwięku bo mamy dwanaście. Naprawdę wystarczy i cała sztuka polega na tym, żeby któregoś dnia zagrać kilka z nich tak, że ktoś po drugiej stronie nie zapyta:

„Kogo próbujesz naśladować?”

Tylko uśmiechnie się i powie:

„Wiem. To ty.”

I chyba właśnie wtedy naprawdę zaczynamy grać

własnym tonem. P.S. Od koncertu minęło trochę czasu, a ja z osobą, z którą na nim byłem, nadal do niego wracam w rozmowach. Chyba właśnie to mówi najwięcej.

Nie sądziłem, że ten wieczór zostawi we mnie aż tyle emocji, dobrej energii i muzycznych myśli. Tym bardziej nie sądziłem, że kilka dni później usiądę i napiszę o nim cały tekst.

Dziękuję Mrozu i wszystkim muzykom za ogrom pracy, energię i za to, że ten koncert nie skończył się wraz z ostatnim dźwiękiem.

I jeszcze jedno podziękowanie — dla osoby, która mnie na ten koncert zaprosiła.

Jak widać, był to naprawdę odpowiedni moment. Instagram MROZA: https://www.instagram.com/p/DeBwbMugKfW/?utm_source=ig_web_copy_link&stkn=NTc4MTIwNjQ2YQ== YouTube: www.youtube.com/@MrozuMusic Bartłomiej SiepsiakSwitch Music On – Własnym Tonem



Komentarze


bottom of page